Miesiąc po ŚDM - co nam zostało?

Maciej Sikorski

dodane 2016-08-29 20:05

Pamiętam, jak przed wieloma laty, jeszcze w moim „poprzednim” życiu, przyjechał do Polski pewien mistrz duchowy z Indii. Miał rozpocząć serię nauczań i prezentację hinduistycznej medytacji. Wysiadł z samolotu, pochodził po Warszawie i następnego dnia odwołał wszystkie zaplanowane zajęcia. Wyjaśnił, że poczuł wyraźnie, że bruk po którym stąpa, nasączony jest mocą Jezusa Chrystusa. Powiedział wtedy, że to właśnie Jezusa Polacy powinni się trzymać i przy Nim pozostać. I wyjechał z powrotem do Indii.

Miesiąc po ŚDM - co nam zostało?

zapiski z tygodnia innego niż wszystkie

 

Rozkręca się

 

21 lipca. Dzisiaj już tłoczno w komunikacji miejskiej. Jedziemy z dziewczynkami na koncert. Grupa pielgrzymów, chyba gdzieś z Południowej Ameryki, krzyknęła kilka razy - Vivat Papa! Cały tramwaj zaczął bić brawo. Moim córkom bardzo się podobało. Na Rynku Głównym kontrasty. Z jednej strony, wielki tłum szalejących, radosnych, młodych ludzi - tańczą, skaczą, żywo reagują na muzykę uwielbieniową. Z drugiej, "normalni" turyści. Siedzą, jedzą i piją w okolicznych knajpach. I patrzą. Tacy jacyś zdziwieni. Mam wrażenie, że tego tłumu do niczego nie mogą przyporządkować. A tyle już widzieli - kibiców na Euro, tubylców na Borneo w opaskach biodrowych, roznegliżowane tancerki na Bali, Masajów wymachujących dzidami, czy corridę... ;-) Ale tutaj, mocno da się w nich wyczuć coś na kształt konsternacji. Takiej opcji nie potrafią szybko, intelektualnie przemielić. Coś jakby im się nie zgadza. Gdzie butelki? Dlaczego ten tłum się nie awanturuje? Zdziwienie bierze górę. Nie potrafią tego ukryć.

Jedna sytuacja stoi mi przed oczami do teraz. Przed jednym z nocnych lokali, z "dziewczynkami" i zasłoniętymi oknami świecącymi na czerwono, stoi dziewczyna. Biust prawie na wierzchu, kozaki długie, jakieś takie cuś, co chyba futro ma udawać. Zaprasza przechodniów do tego przybytku. Obok niej przewija się mnóstwo pielgrzymów w jej wieku. Oni wybrali Życie. Mają radość w oczach i na ustach. Ona to widzi. Jej twarz jest smutna, choć udaje, że wszystko jest cool i sexy. Biedna. Chyba napiszę do niej krótki list i dam jej. Może jutro znowu będzie tam stała. Ona czeka na dobrą wiadomość. Jestem pewien.

Patrząc na to morze ludzi przypomina mi się cytat z Apokalipsy: (Ap7, 9)

"Potem ujrzałem:

a oto wielki tłum

którego nie mógł nikt policzyć

z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków

stojący przed tronem i przed Barankiem."

Chyba czuję przedsmak tego co kiedyś nastąpi...


 

Przesuńmy się trochę na ławeczce życia


 

Słowa te usłyszałem w Toruniu, w czasie homilii kapelana Wspólnoty Chleb Życia. Bardzo je polubiłem, bo bardzo pasują dzisiaj do naszego miasta. Nadchodzi ŚDM. Ludzi coraz więcej. Mam nadzieję, że wszyscy pielgrzymi będą mogli w godnych warunkach spać i będą mieli co jeść … Będzie tak, jeśli my – mieszkańcy zrobimy dla nich miejsce na naszych ławeczkach życia. Nie wiemy dokładnie ile osób przyjedzie. Dzisiaj widać już mnóstwo ludzi. Kolorowy tłum, setki flag. W tej kategorii, jak na razie, Bawaria górą – to ich flaga jest zdecydowania największa. W kategorii ilościowej stawiam na Italię. Piękny czas. Oblegany „Adaś”, wjeżdżające na Rynek samochody – moje ukochane Citroeny 2 CV i Renault 4 pełne młodych ludzi. Święto rozkręca się. Choć tak faktycznie, dopiero za kilka godzin rozpocznie się oficjalnie.

Zwykło się mówić o nas Polakach, że nasze doświadczenia historyczne na tyle nas zahartowały, że jesteśmy mistrzami radzenia sobie w trudnych sytuacjach - umiemy improwizować. Coś w tym jest. Świadczy o tym chociażby wielka ilość wybitnych polskich muzyków jazzowych. Dzisiaj przekonaliśmy się, że inni też potrafią. Konkretnie Australijczycy. W naszej kamienicy mamy na dole sklep. Z używanymi ciuchami. Nazywamy go „Tani Armani” (Marcin Jakimowicz opowiadał nam, że bodajże w Augustowie ktoś faktycznie nazwał tak podobny second-hand). Moja żona Alina, jak powszechnie wiadomo, lubi tam „pogmerać”. Jest absolutną mistrzynią w wynajdowaniu perełek. Dzisiaj było inaczej niż zwykle. Nie dało się praktycznie wejść. Mnóstwo ludzi z kraju skaczących kangurów kupowało na potęgę. Praktycznie wszystko. Ubierali się od stóp do głów. Spryciarze. Powszechnie wiadomo, że opłata za bagaż stanowi sporą część kosztów podróży. Ekipa z Antypodów znalazła na to sposób. Nie wzięli go! Wszystko kupili w „Armanim”. Polacy, czujmy się zagrożeni! Australijczyk też potrafi!

Jak na razie, bardzo dużo pięknych, muzycznych doznań. Wszędzie zabieramy dzieci. Wszystkim polecam! Nasze są zachwycone. Wczoraj widzieliśmy genialny koncert – Arka Noego, Maleo Reggae Rockers i Luxtorpeda. Na dodatek rzecz się działa pod naszymi oknami. Super. Jak zwykle. Szacun chłopaki!!! Darek Malejonek - dzięki za dedykację. Wzruszyliśmy się.

Ogólnie, to trochę takie zderzenie cywilizacji mamy. Jestem przekonany, że to, co się tu dzieje zostawi trwały ślad u wielu ludzi, którzy się tego kompletnie nie spodziewają. Mam przed oczami takie dwa obrazy z koncertu „Jednego serca, jednego ducha”. Na scenie ks. Jakub Bartczak. Słyszałem kilka jego numerów gdzieś na youtube. I tak szczerze, to trochę się bałem, że na żywo będzie słabiej, że się rozczaruję. A tu na odwrót! Mając takie wsparcie za sobą – świetnych muzyków i chóru, wyszło kapitalnie! Absolutny ogień był! W czasie, kiedy rapował, patrzyłem na płytę Rynku. Weszło mi przed oczy dwóch Amerykanów. Po niektórych ludziach widać od razu skąd są i co robią. Panowie czarni jak smoła, do grzecznych raczej nie należeli, a ich wygląd i zachowanie świadczyły, że z niejednego hip-hopowego pieca chleb jedli. No i weszli w publikę, nie wiedząc co ich czeka. I po tych kilkunastu krokach chłopaków wmurowało. Najpierw pokazywali sobie z niedowierzaniem palcami, że to ksiądz, potem zaczęli się rytmicznie i fachowo bujać, by po chwili wyciągnąć smartfona i nagrywać. Wgięło ich. Po prostu. Zaraz potem kręcąc głowami z niedowierzaniem, ale i wyraźnym zadowoleniem ruszyli dalej. Może właśnie to była ta iskra? Może to był ten moment, w którym, niepostrzeżenie coś zaczyna się dziać z człowiekiem? W drugiej części koncertu kupiliśmy sobie z dziećmi po kawałku pizzy. I dalej słuchaliśmy, siedząc i jedząc tuż przy kawiarniach pod Sukiennicami. Kątem oka obserwowałem parę Anglików. Panowie ewidentnie na randkę przyszli. Na początku była szydera. Częste, prawda? Potem mówili coraz mniej. Jakby mimowolnie wpatrywali się w scenę i telebim z wyświetlonymi również po angielsku tekstami. I tak, im mniej mieliśmy pizzy, tym oni mniej mówili. Jakby zapominając, po co do tej knajpy przyszli. Koncert uwielbieniowy powoli się kończył. Nasi panowie milcząco wsłuchiwali się w ostatnie akordy i oglądali ostatnie napisy na telebimie. Ku memu zdziwieniu zakamarki ich oczu nieco się przeszkliły. Przypomniałem sobie, że gdzieś już takie widziałem. W czasie ewangelizacji w więzieniu. Tak wyglądają oczy więźniów. Twardzieli, którzy płakać nie mogą. Podobnie oni. Ich grzech jest też ich więzieniem. I myślę, że gdzieś w zaułkach swojej duszy, obydwaj to wiedzieli. Koncert kończył się zaproszeniem do wyboru Jezusa jako Pana i Zbawiciela. Nasza koleżanka, która siedziała obok nas, wstając, odwróciła się do nich i dobrym angielskim powiedziała:” Te słowa są dla Was...”. Odeszliśmy, a oni pozostali w milczeniu.


 

Tak było pięknie


 

Przez tydzień przed naszym domem trwało uwielbienie. Dobrze nam z tym było. To było jak przygotowanie do bycia w Niebie. Bo przecież wszyscy wiemy, że większość naszych tam zajęć będzie polegała na uwielbianiu Boga. Prawda? I nie będzie się nam nudziło. Bo czasu pewnie nie będzie. Jutro wszystko wróci do „normy”. Brodaci hipsterzy w obowiązkowych rurkach i śmiesznych mokasynach nie będą ustępować miejsca w tramwajach. Będą siedzieć obok mojej żony w zaawansowanej ciąży i z piątką dzieci, i jak zwykle będą wpatrywać się w swojego iphone'a. Nie przesuną się na ławeczce życia... Podobnie jak większość obywateli naszego „pobożnego”, pełnego kościołów miasta. Nikt też nie będzie przybijał piątek z moimi dziećmi. Szkoda. Zniknie obóz skautów przy Forcie Benedykta, który z taką lubością oglądały dzieciaki, nie będzie ich w tak wielkiej ilości na ulicach. To szczególnie dopiecze mojej sześcioletniej Amelce, która gdzieś, po kilku dniach dopiero, nauczyła się odróżniać ich od żandarmerii wojskowej ;-) Żal mi, że to koniec.

Byliśmy przez tydzień światową stolicą pokoju i miłości. Wracamy do „normy” – pięknego, turystycznego miasta pełnego pijanych turystów. W tym czasie Kraków został omodlony jak chyba żadne miasto na świecie. Wierzę, że to zaprocentuje, że przyjdzie dla nas łaska. Pamiętam, jak przed wieloma laty, jeszcze w moim „poprzednim” życiu, przyjechał do Polski pewien mistrz duchowy z Indii. Miał rozpocząć serię nauczań i prezentację hinduistycznej medytacji. Wysiadł z samolotu, pochodził po Warszawie i następnego dnia odwołał wszystkie zaplanowane zajęcia. Wyjaśnił, że poczuł wyraźnie, że bruk po którym stąpa, nasączony jest mocą Jezusa Chrystusa. Powiedział wtedy, że to właśnie Jezusa Polacy powinni się trzymać i przy Nim pozostać. I wyjechał z powrotem do Indii. Przypomniało mi się to dzisiaj. To, co się tutaj działo przez te kilka dni, nie pozostanie bez wpływu na nasze miasto i na Polskę. Zostaliśmy nasączeni Duchem Świętym. To zostanie i będzie pracować. Mam nadzieję, że możni tego świata będą mieli refleksję na temat tych wydarzeń, choćby natury politycznej. Wierzę, że zobaczą i porównają to, co było w Krakowie, z tym, co działo się w tym czasie na ulicach kilku miast Europy.

Każde wydarzenie natury duchowej, zwłaszcza takie, o wielkiej mocy, powoduje pewnego rodzaju polaryzację. Gdy przychodzi duchowe światło, lepiej i pełniej odczuwa się i widzi pewne rzeczy. Ja dzisiaj czuję wielką więź z Braćmi z mojego Kościoła, z którymi przeżywałem ten czas. Odczuwam dumę z powodu bycia katolikiem. Kompletnie nie rozumiem tych osób, które będąc w Kościele, wyjechały na ten czas z Krakowa. Mam wrażenie, że uciekli przed łaską, być może przed najmocniejszym przeżyciem duchowym w ich życiu. To był również błogosławiony czas dla najmłodszych. Widzę po moich dzieciach jak to zadziałało. Tytus sam zaczął czytać dzisiaj wszystkie teksty, które wypowiedział papież. Podjął samodzielnie decyzję, że jedzie do Panamy. A ma 12 lat. Bruno (lat 10), Aniela (lat 8) i Amelka (lat 6) są zachwyceni. Kosma (lat 3) jeszcze tego nie potrafi werbalnie wyrazić, ale widzieliśmy jego szczęście, choćby podczas zabaw w wesołych tramwajach pełnych pielgrzymów z całego świata. Zobaczyłem też ze smutkiem, że dla sporej rzeszy ochrzczonych, korzystających z sakramentów, mieszkańców mojego miasta, jest pewna wartość znacznie bardziej przez nich ceniona, niż te, prezentowane w czasie ŚDM. To tzw. „święty spokój”. Niestety, od niego tylko krok do egoizmu… Ciężko było mi znosić wpisy mieszkańców Krakowa pełne biadolenia. A to ,że tramwaje nie tak kursują, że pielgrzymi głośno krzyczą. Łolaboga! Szemranie dla szemrania. Boli mnie też coraz większe rozwarstwienie na tych, co papieża kochają i tych, co go obgadują całymi dniami, czerpiąc z tego niewysłowioną satysfakcję. Franciszek jest moim papieżem. Wierzę, że Duch Święty go wybrał. Jak Jana Pawła, jak Benedykta. Nie oznacza to, że się z nim we wszystkim zgadzam i że wszystko, co robi, podoba mi się. Mam szereg pytań, wielu rzeczy nie rozumiem, kilka mnie mocno niepokoi. Ale to jest Głowa mojego Kościoła. I jestem mu wdzięczny za to wszystko, co do nas mówił i co nam pokazywał. Bo czasem słowa nie są potrzebne. Jak w Auschwitz.

Mam takie przekonanie, że to, co się działo będzie przemieniające, że sporo z nas zejdzie z kanapy, przestanie wegetować i piękne rzeczy zacznie pisać w księdze swojego życia. Ja będę tęsknił za atmosferą, za kościołami pełnymi modlących się i uwielbiających Boga ludzi. Mam też pewien list do przekazania i spróbuję szybko znaleźć osobę o której pisałem. I już wiem, co jej napiszę.

N P W Ś C P S
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31 1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 1 2
Dzisiaj: 24.02.2019

Kategorie