Dynia w Kutnie

Maciej Sikorski

dodane 2016-10-25 22:39

Pamiętam jak kiedyś zaczepił mnie na ulicy pewien pan. Bez nóg. Stracił je, wpadając pijany pod tramwaj. Okazało się po półgodzinnej rozmowie, że był kiedyś wziętym chirurgiem. Niestety, ryzykowny zawód. Alkohol często idzie z nim w parze. Było to mocno zjawiskowe kiedy pan ten, brudny, beznogi, cuchnący jakimiś mieszankami środków zawierających alkohol, wymieniał mi nazwy łacińskie mięśni, ścięgien, kości... Z niedającą się ukryć tęsknotą opowiadał o swoim zawodzie. Kariera, sława, pieniądze... Mówił o tym jednak, jak o jakiejś historii sprzed wojny. Wolał życie na ulicy od swojego dawnego miejsca. Nikt go tu nie znał. Mniej bolesne było zostać anonimowym żebrakiem w obcym mieście, niż podjąć próbę powrotu do normalności w swoim domu.

Bardzo lubię poznawać nowe miasta. Nie do końca ma znaczenie, czy są to miejscowości turystyczne, zachwycające klimatem, architekturą czy też szare, ponure z miejscami, gdzie jak człowiek patrzy, to bolą oczy. Po prostu lubię poznawać. Jedne i drugie. Dzisiaj sobie to uświadomiłem w Kutnie będąc. Wszystko zaczęło się bardzo dawno, gdy zaczynałem jeździć ze spektaklami dla dzieci. Kończyliśmy pracę nie za późno, trasy były z reguły tygodniowe. Najczęściej, codziennie zmiana miejsca. Tanie hotele i dużo czasu. Do dziś lubię sobie wyjść samemu i obserwować. Szukać miejsc, gdzie można zjeść obiad, napić się kawy. Patrzę też na ludzi. Nie używam żadnych planów miast, Internetu. Po prostu idę sobie. I patrzę. Jak dziś w Kutnie. Szybko dowiaduję się co i jak. Już wiem, że najgroźniejsze miejsce to bar „Zacisze”. Nic nowego. Pod  tutejszym byłem świadkiem szarpania się dwóch kobiet. Smutno mi się zrobiło. Lubię tak obserwować i zastanawiać się, co miejscowi ludzie robią na co dzień, czym żyją. Moją uwagę przykuwają szczególnie miejscowi kloszardzi. Zazwyczaj pojawiają się w najbardziej ruchliwych miejscach, podpierają się kulami, siedzą sobie na ławeczkach. Marzną. Zawsze myślę co takiego sprawiło, że znaleźli się w takim miejscu. Czego zabrakło. Lubię z nimi rozmawiać.

Pamiętam jak kiedyś zaczepił mnie na ulicy pewien pan. Bez nóg. Stracił je, wpadając pijany pod tramwaj. Okazało się po półgodzinnej rozmowie, że był kiedyś wziętym chirurgiem. Niestety. Ryzykowny zawód. Alkohol często idzie z nim w parze. Było to mocno zjawiskowe kiedy pan ten, brudny, beznogi, cuchnący jakimiś mieszankami środków zawierających alkohol, wymieniał mi nazwy łacińskie mięśni, ścięgien, kości... Z niedającą się ukryć tęsknotą opowiadał o swoim zawodzie. Kariera, sława, pieniądze... Mówił o tym jednak, jak o jakiejś historii sprzed wojny. Wolał życie na ulicy od swojego dawnego miejsca. Nikt go tu nie znał. Mniej bolesne było zostać anonimowym żebrakiem w obcym mieście, niż podjąć próbę powrotu do normalności w swoim domu.

Kiedyś poznaliśmy innego pana. Miał czapkę z napisem „stop”. Ten napis był o jego życiu. Czy miał tego świadomość? Spytał co robimy. Bardzo się zainteresował teatrem dla dzieci. Zagaił nas w pewnym momencie: „Chłopaki, pojechałbym z Wami!” Niestety, nie mogliśmy go zabrać. Przynosiliśmy mu jedzenie. Na deptak. A w dniu, kiedy zagraliśmy ostatnie przedstawienie poszliśmy się pożegnać. Bardzo chciał, żeby mu kupić wino. Był bardzo smutny. Nigdy więcej go już nie spotkałem. Podobnie jak wielu innych.

Lubię w małych miejscowościach odwiedzać lokale, gdzie przesiadują młodzi ludzie. Interesujące jest słuchanie o tym, jakie mają marzenia, czym żyją. Często w małych miastach młodym ludziom wydaje się, że osoby tak około 35 lat życia to już straceńcy. Nie znają nikogo „normalnego” w tym wieku. Wszyscy, którzy dobrze się zapowiadali, robili coś ciekawego, a nawet tacy, którzy mieli choć marzenia kolorowe, wszyscy oni wyjechali. Zostali Ci, których życie przytłoczyło. Nie warto już się z nimi spotykać. Spowszednieli i zszarzeli. Zgarbili się jak starcy. W przenośni, a często i w „realu”. To niespełnione marzenia tak ich przygniotły. Tylko kto je włożył w ich serca? Pan Bóg nie daje pragnień nie do spełnienia.

Dzisiaj tak chodząc po Kutnie zajrzałem do kościoła. Zostałem na różańcu i na mszy. Pomimo, że nie jestem już młodzieńcem byłem zdecydowanie najmłodszym mężczyzną. Ksiądz super kazanie powiedział, naprawdę poczułem się zbudowany. I radosny. Czemu nie było młodych? Połowa wyjechała, a połowa snuła w knajpach marzenia o tym, żeby urwać się z Kutna? Poza tym to niemodne, może obciachowe dla nich? Pewnie tak. Co zrobić, żeby to próbować zmienić? Być może odpowiedzią są słowa mojego kolegi, świetnego, młodego zakonnika - franciszkanina, który na pytanie czy chciałby jechać gdzieś na misję odpowiedział mi tak: „Nic egzotycznego, chciałbym prowadzić duszpasterstwo, gdzieś w jakimś trudnym miejscu w Polsce.”

Jestem czasem w Warszawie. Jak pewnie każdy, załatwiam jakieś sprawy. A potem wracam na dworzec. Po drodze kupię coś do picia, kanapkę... Sprzedadzą mi je najczęściej osoby, które wyjechały z takich miasteczek, o których piszę. Co takiego ich wygnało? Czy to jest naprawdę postęp – mieszkać w wynajmowanych w kilka osób mieszkaniu i sprzedawać kanapki? Albo pracować w call center?  Ciężko mi to zrozumieć. Oni mogliby zostać w swoich miejscach i przemieniać je. Wolą z nich uciec.

Pani w naszym hotelu opowiadała o swojej wnuczce. Chce jej kupić dynie na halloween. Po co? Wymawiając tę nazwę śmiesznie ją przekręca. To nie jest przecież jej świat. A jednak. Kupi! Jest presja w Kutnie na posiadanie dyni! Skąd się bierze? Wszyscy wiemy. Odruchy masowe. Sterowane pragnienia. Pamiętam jak byłem dawno temu w Afryce. W Tanzanii. Osobom, które spotykałem wydawało się, że wszyscy biali są bogaci. Skąd ten ogląd? Oczywiście z telewizji. Transmitowała kilka seriali w którym biali jeżdżą limuzynami, a czarni są ich szoferami. Nawet ja – biedak z Polski byłem dla nich bogaczem. Oni chcieliby być tacy jak biali. Albo przynajmniej jak czarni szoferzy z ich bogatych samochodów. Ciężko przychodzi nam akceptować to gdzie jesteśmy. Czemu? A może odpowiedzią jest to, że bardzo rzadko dziękujemy Bogu za to co mamy? Bóg staje się dla nas dojną krową, służącą do zaspokajania naszych pragnień. Ale czy na pewno naszych? Pogodzenie się, akceptacja. Jakie to trudne. A przecież Bóg zaplanował nas wszystkich jeszcze przed stworzeniem świata! Ma policzony każdy włos na naszych głowach! Pewnie zaplanował też, że jestem Polakiem i że mieszkam teraz w Krakowie. Jestem szczęśliwy. Witek Wilk opowiadał mi kiedyś, że mieszka w jednym z brzydszych miejsc w Polsce. Ale jest radosny. Bo to, co ma jest od Niego. A jeśli tak, to jest właściwe miejsce. I błogosławione. I pewnie przygotował plan. Dla każdego. Może pora się rozejrzeć, przyjrzeć swojemu życiu i podziękować za to, czym nas obdarzył? Zrobię to dzisiaj. Zrób i Ty. Zachęcam!

N P W Ś C P S
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31 1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 1 2
Dzisiaj: 24.02.2019

Kategorie