Koledzy nie zastąpią przyjaciółek

Ludwika Kopytowska

dodane 2017-04-21 13:53

Zauważam niepokojący trend - kobiety zakolegowują się z mężczyznami "chcąc tylko przyjaźni" i same zamieniają się w mężczyzn, a potem płaczą, że są same i nikt w nich nie widzi kobiet. Żelazna logika...?

Dla kobiety bycie w towarzystwie kobiet jest bardziej wymagające, niż bycie w towarzystwie mężczyzn. Z kobietami niejako się rywalizuje, świadomie bądź nie. Kwestia tylko jak podejdziemy do tej rywalizacji. Czy będziemy sobie zazdrościć, czy się wspólnie motywować, twórczo czerpiąc wzorce od przyjaciółek, gdy chodzi o dobór kosmetyków czy ubrań. Przyjaciółka zawsze dostrzeże nową szminkę, zauważy inny cień do powiek, rozpozna markę, zapamięta cenę, promocję, sklep na rogu, półkę w supermarkecie i powie, czy dobry zrobiłyśmy zakup czy przepłaciłyśmy. Przy kobiecie trzeba się trochę bardziej wyprostować, bo ona więcej dostrzeże naszych niedoskonałości i może je głośno skomentować, nie zawsze życzliwie. Takie są kobiety, nie ma się co oszukiwać. I ja jestem jedną z nich.

I wiem, że towarzystwo kobiet może być bardzo bolesne, ale i bardzo, bardzo uzdrawiające. To zależy oczywiście od tego, jakie kobiety spotkamy na naszej drodze. Nie zawsze jest łatwo z kobietami, poczynając od naszych matek, babć, a na przyjaciółkach kończąc. Jeśli w dzieciństwie słyszałyśmy krytykę z ust ważnej dla nas kobiety dotyczącą naszego wyglądu, ubioru, postawy ciała, ogólnie tego, kim jesteśmy jako kobiety, to zabijało w nas nasze poczucie wartości. A jeśli taka krytyka zdarzała się nagminnie, automatycznie unikałyśmy takich osób, takiego otoczenia, które nas rani.

Często zdarza się tak, że złe doświadczenia z kobietami, zwłaszcza z matką, sprawiają, że dziewczyny zaczynają szukać "męskich przyjaciółek", czyli kogoś, z kim pogada się jak z kobietą, ale kto jednocześnie nie jest tą "złą kobieta, która zawsze mnie rani, krytykuje i manipuluje psychicznie". No tak, tylko, że tutaj pojawia się pewien problem. Kolega nigdy nie da tego kobiecie co przyjaciółka.

Ostatnio zauważyłam niepokojący trend - masa młodych kobiet, dziewcząt, przyjaźni się tylko z mężczyznami lub w znacznej mierze spędza swój wolny czas w męskim gronie. Chce tylko przyjaźni, nie traktuje ich jak potencjalnych partnerów, a z czasem, zgodnie z przysłowiem "kto z kim przestaje, takim się staje", upodabnia się do mężczyzn i niejako, staje się jednym z nich.

Z mężczyznami jest o wiele łatwiej - oni nie widzą nowych pasemek, a nawet jak widzą, nie wiedzą jaki to rodzaj farby, nie mają pojęcia gdzie kupiłaś bluzkę i nie będą robić ci uwag z powodu źle dobranych butów. Przy nich nie trzeba się starać w kwestii wyglądu. Ich bardziej interesuje to, co masz do powiedzenia, czy dobrze się z tobą spędza czas, czy uprawiasz ten sam sport, jakie masz wyniki, a ile ty już kilometrów zaliczyłaś, jakie miałaś kontuzje itp... Znamy to?

Znam takie dziewczyny, które dużo czasu spędzają w męskim gronie. Ale potem w pewnym momencie ich życia przychodzi płacz - bo są same. "Bo mężczyźni w ogóle nie postrzegają mnie jak kobietę..." I łzy, rozpacz, Boże dlaczego, gdzie popełniłam błąd, wszyscy faceci to idioci i tak dalej, cały świat winny tylko nie ja. I potem takie kobiety są nieszczęśliwe, bo już nie tylko ich koledzy, ale mężczyźni w ogóle nie postrzegają ich jako atrakcyjne, nie nawiązują z nimi romantycznej relacji, bo "chłopska" kobieta, która mówi jak mężczyzna, chodzi po górach jak mężczyzna, pije jak mężczyzna, imprezuje jak mężczyzna i pracuje jak mężczyzna już nie jest kobietą, ale właśnie, no... mężczyzną. I to jest dramat tych kobiet, które ze strachu przed relacją z innymi kobietami, ze strachu przed ośmieszeniem czy niezaakceptowaniem, wolą udawać, że problemu nie ma. Że one po prostu tak lubią, lubią być silne i niezależne, lubią być w męskim gronie, bo mężczyźni je "lepiej rozumieją", a dziewczyny tylko dramatyzują i gadają o ciuchach i się obgadują nawzajem.

Nieprawda. Po pierwsze żaden mężczyzna nigdy nie zrozumie jak to jest być kobietą, a kto tak uważa, to chyba nie zna ani samego siebie ani podstaw biologii. Żaden mężczyzna nigdy nie zrozumie bólu miesiączki, koniec, kropka. Żaden mężczyzna nie zrozumie dramatu złamanego paznokcia, oczka w rajstopach i dnia złej fryzury. Nie zrozumie dlaczego ja tutaj teraz muszę zjeść ogórka kiszonego z czekoladą i lodami. I bitą śmietaną. Po prostu jesteśmy inni i zawsze będziemy inni. Każda komórka naszego ciała ma inne chromosomy i tego nie zmieni żadna kuracja hormonalna.

Równość płci, rozumiana jako absolutny brak różnic między nimi, nie istnieje i kobieta nigdy nie będzie mężczyzną, choćby nie wiem ile pakowała na siłowni, jadła hormonów i nie goliła pach.

I ta różność płci wychodzi właśnie w takich momentach kiedy takie dziewczyny-kumpelki nagle zaczynają się rozglądać wokoło i okazuje się, że wszystkie jej koleżanki już kogoś mają, założyły rodziny, a one ciągle same i mężczyźni traktują ją wyłącznie jak kumpla. Tylko... jak mają ją inaczej traktować, skoro pozbawiła się swojej kobiecości na rzecz komfortu psychicznego?

Nie wszystkie kobiety są złe. To kłamstwo, że wszystkie obgadują i wszystkie histeryzują i wszystkie są złośliwe i wredne, i zazdroszczą sobie. Prawda jest taka, że KAŻDY jest grzeszny i nie ma ludzi idealnych, ale uciekanie od jednych grzeszników do drugich z nadzieją, że tamci mnie nigdy nie zranią jest po prostu... naiwne.

Dlaczego tak ważne jest, aby kobiety spędzały czas w swoim babskim gronie? Kobiety dają drugiej kobiecie niesamowite wsparcie. Potrafią jak żaden mężczyzna przytulić, pocieszyć, otrzeć łzy, przyjąć naszą słabość i zaopiekować się nią jak pisklęciem. Nakarmią, doradzą w ubiorze, makijażu, może nawet same nas umalują. I przede wszystkim nas wysłuchają. Naszych trosk, zmartwień, naszych żalów i pretensji. Gdy trzeba, nawet nami trochę potrząsną, bo w swoim emocjonalnym zapętleniu często nie widzimy racjonalnego wyjścia z naszych kłopotów. Potrzebujemy siebie nawzajem, aby razem wzrastać w naszej kobiecości. Potrzebujemy rozmów o ubraniach. Przecież w tych niby banalnych pogaduszkach wcale często nie chodzi o te ubrania, ale o budowanie relacji, o poznawanie naszych serc, o dzielenie się naszym życiem, o współodczuwanie swoich emocji. Ktoś mnie rozumie w mojej kobiecości, ktoś to docenia, ktoś robi tak jak ja, czuje jak ja, jest jak ja. Ja jestem w grupie osób takich samych jak ja i to jest wspaniałe. I razem czujemy się silne, ważne, potrzebne i piękne w swojej kobiecości. Czuję, że w głębi serca każda kobieta tego potrzebuje.

A dla tych pań, które obrażają się, słysząc, że za dużo przyjaźnią się z mężczyznami, a za mało z kobietami, podkreślam - nikt nikogo do niczego nie zmusza, można mieć takich przyjaciół, jakich się chce. Ja też się koleguję z mężczyznami i doceniam te relacje. Mężczyźni służą mi dobrą radą, pomocą w sprawach, o których ja nie mam pojęcia. Służą mi swoją siłą, i fizyczną i charakteru, w sprawach, w których ja jestem słaba. I cieszę się, że mam takich kolegów. Ale nie spędzam z nimi tak samo czasu, jak z moimi przyjaciółkami. Nie chodzimy razem na zakupy, nie wymieniamy się ubraniami, a już na pewno nie malujemy razem paznokci... A wydaje mi się, że obecnie panuje jakaś dziwna moda na dziewczyny-kumpelki, które spędzają więcej czasu z płcią przeciwną. I nie tylko z kolegami "świeckimi", ale także z księżmi. I nie ma w ich relacjach żadnych podtekstów seksualnych, nikogo o nic nie posądzam, po prostu razem działają, razem robią wspólne projekty duszpasterskie, ale po drodze taka kobieta gdzieś w tym męskim gronie może zatracić swoją kobiecość. Musi być dostatecznie silna i ugruntowana w swojej płci, aby nie stracić swojej kobiecości w gronie mężczyzn, ale wiemy jak jest - nie każda kobieta jest tak ugruntowana. Ale mam wrażenie, że istnieje społeczne przyzwolenie na takie przyjaźnie. A co byśmy powiedzieli, gdyby sytuacja się odwróciła?

Co pomyślelibyśmy o samotnych, niemających żony ani dzieci, młodych mężczyznach, którzy najwięcej czasu spędzają z dziewczynami-koleżankami? Razem robią te wszystkie rzeczy, co kobiety i najlepiej dogadują się z dziewczynami. Robią zakupy, rozmawiają, podróżują, imprezują, dzielą się swoim życiem i swoim światem. Z koleżankami, nie z tą jedną jedyną wyjątkową kobietą, z którą chcą spędzić całe życie, ale z koleżankami, w babskim gronie. Czy postrzegalibyśmy to jako zdrowe, fajne i normalne? Przyjaźń świeckiego mężczyzny z zakonnicami we wspólnych projektach. Odwiedzanie się w zakonie, nocowanie. I też, bez żadnych podtekstów seksualnych, tylko przyjaźń. I nie mówię tu o księżach, którzy opiekują się siostrami zakonnymi, sierotami, prostytutkami czy inną grupą kobiet, ale o świeckich wolnych mężczyznach, nie ojcach pięciorga córek, ale o młodych mężczyznach bez zobowiązań, którzy zamiast z kolegami wolą spędzać czas z dziewczynami bo "one go lepiej rozumieją"...

Zostawiam to do własnego przemyślenia.

N P W Ś C P S
31 1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
Dzisiaj: 19.04.2019